Strona główna Archiwum Sprzęt Galeria zdjęć Ruch amatorski Redakcja
 

nr 3/2000 (17)

Wywiady


Tomasz Krzeszewski
"NIE BOJĘ SIĘ ZMIAN"


Red. - Była to twoja pierwsza olimpiada.
Czy ostatnia?

T.K. - Tego nie wiadomo, gdyż start w olimpiadzie jest wynikiem wielu sytuacji, które przez cztery lata muszą się szczęśliwie złożyć w jedną całość. Start w Sydney był dla mnie przetarciem się w Igrzyskach. Lucek startował już po raz drugi. Myślę, że w Grecji będziemy mieć większe szanse niż w Sydney z uwagi na większe doświadczenie i mam nadzieję silniejszą pozycję startową. Indywidualnie chciałbym zakwalifikować się do Igrzysk z listy światowej, bez kwalifikacji.

Red.- Ten plan jest ambitny, niektórzy powiedzą, że nierealny.

T.K.- Jest to możliwe. Aktualnie jestem 65 na światowej liście. Wygrałem już w swojej karierze z 32 zawodnikami, którzy są w rankingu przede mną, z 9 nie grałem. Rachunek jest więc prosty, a mam nadzieję grać coraz lepiej. Część zawodników przez cztery lata skończy karierę.

Red. - Masz na myśli Waldnera i Perssona ?

T.K. - O nich nie myślałem. Tego nie wie nikt.

Red. - Ich udane starty w wieku 35 lat złamały pewną barierę wieku dla czynnych zawodników.

T.K. - O nas też już czasami złośliwi mówili, że jesteśmy za starzy. Mamy jeszcze prawie 10 lat grania przed sobą i mam nadzieję, że nie metryka będzie decydowała o naszych startach ale poziom sportowy. Na jakim poziomie będziemy grać przez te 10 lat to w dużej mierze będzie zależało też od zdrowia.

Red. - Twój awans w Sevilli był dość niespodziewany dla kibiców tenisa stołowego, szczególnie że po wielu problemach zdrowotnych byłeś jeszcze rekonwalescentem.

T.K.- Jadąc na ostatnie kwalifikacje wiedziałem, kto może być moim rywalem i wszyscy byli w moim zasięgu. Wszystko zależało od dyspozycji w danym dniu.

Red. - Zadecydował jednak bratobójczy pojedynek z Marcinem Kusińskim - rozstrzygający o awansie.

T.K. - Rzeczywiście było to najważniejsze spotkanie. Marcin miał bardzo udany sezon i był w spotkaniu ze mną faworytem. Myślę, że o zwycięstwie zadecydowało wygranie 1 seta. Wtedy uwierzyłem w możliwość wygranej. Wcześniej ograłem w grupie rozstawionego z nr 2 i 36 w światowym rankingu Chuan Hi Yuana z Taipei a Marcin mistrza Europy Petera Karlssona. Były to chyba najważniejsze i decydujące dla nas pojedynki w tym turnieju. Mieszkaliśmy razem w pokoju i po zakończonym naszym pojedynku leżeliśmy w milczeniu na łóżkach i każdy z nas analizował przebieg eliminacji. Na drugi dzień wszystko wróciło do normy.

Red. - Podobno Marcinowi było tym bardziej przykro, że nie zagra w Igrzyskach, kiedy na liście startowej ujrzał 44 letniego Irańczyka Ehteshamzadeha ?

T.K. - Taki jest system kwalifikacji do Igrzysk, w których potem startuje wielu słabszych od Europejczyków i Azjatów zawodników z innych kontynentów.

Red. - Wracając do Igrzysk. Czy do startu w Sydney byliście dobrze przygotowani?

T.K. - Bardzo dobrze. Tym bardziej, że byliśmy o tym przekonani. Zaplanowany cykl bezpośrednich przygotowań był dobrze ułożony, zarówno pod kątem techniki i taktyki gry, aklimatyzacji i co najważniejsze obciążeń - obyło się więc bez żadnych większych kontuzji.

Red. - Jak przebiegały te przygotowania ?

T.K. - Rozpoczęło się zgrupowaniem ogólnorozwojowym w Wiśle, póżniej obóz techniczny w Drzonkowie, a w końcowej fazie były przygotowania za granicą.

Red. - Odwiedzający Drzonków kibice i dziennikarze podobno widywali was na treningu mocno spoconych jeszcze o godz. 22.00 ?

T.K. - O 22.00 to chyba już nie, ale trzeci trening kończyliśmy o 21.00. Pracowaliśmy ciężko głównie nad zgraniem poszczególnych elementów debla. Nie znaczy to jednak, że nie mieliśmy chwili wolnej dla siebie. Wszystko było tak poukładane przez trenera Dryszela, że pracowaliśmy bardzo dużo, a nie odbierałiśmy tego jak przysłowiowej "katorgi".

Red. - A za granicą ?

T.K. - Za granicą to były już tylko treningi taktyczno - techniczne w końcowej fazie z przewagą gier kontrolnych. Tydzień byliśmy w Haidelbergu, gdzie wspólnie trenowali niemal wszyscy olimpijczycy z Europy. Wszyscy chętnie trenowali wspólnie, choć unikali gier na punkty. Najczęściej trenowaliśmy ze Szwedami i Francuzami. Wtedy wygraliśmy mocno obsadzony turniej w Aalen, pokonując m.in. Perssona z Waldnerem i Keena z Heisterem. Po ślubowaniu na Okęciu przelecieliśmy do Australii i 10 dni trenowaliśmy wspólnie z Francuzami, Kanadyjczykami i Australijczykami w oddalonej o 100 km od Melbeurne miejscowości Ballarot. Wszystko było zapięte na "ostatni guzik". Nie mieliśmy żadnych większych problemów z aklimatyzacją, różnicą czasu. Dokuczały nam tam jedynie bardzo zimne porywiste wiatry.

Red.- Byliście dobrze przygotowani do startu, jednak twój start w grze pojedynczej oceniono na przeciętny ?

T.K. - O ile to nie jest zarzut, to nie przeczę. Chciaż nie przegrałem z żadnym zawodnikiem niżej notowanym, to jednak z Holendrem Dannym Heisterem zanotowałem już wcześniej zwycięstwa. Toczyłem z nim wyrównany pojedynek, prowadząc w każdym przegranym secie. Heister był w tym momencie bardziej odporny psychicznie. Przy większym szczęściu pojedynek ten mógł zakończyć się wynikiem odwrotnym. Przecież faworytem do medalu w grze pojedynczej nie byłem.

Red. - W deblu jednak po cichu liczono nawet na medal ?

T.K. - Dobrze, że po cichu, gdyż oczekiwania często paraliżują. Jeśli chodzi o debla to nie jechaliśmy do Sydney na wycieczkę. Ograliśmy do tej pory wszystkie najmocniejsze pary świata, byliśmy w ćwierćfinale ostatnich mistrzostw świata.
Ale w Sydney nie odczuwaliśmy jakiejś presji na wynik. Wprost przeciwnie, dało się zauważyć wśród ekipy miłą i serdeczną atmosferę.

Red. - Rozpoczęliście bardzo gładkim zwycięstwem z dość mocną parą Czeską Plachy/Korbel. Nie odczuwaliście tremy przed pierwszą grą?

T.K. - Jakieś obawy zawsze są, ale po pierwszych piłkach widać było, że Czesi byli sparaliżowani i usztywnieni. Dziwne, bo Korbel to półfinalista poprzedniej Olimpiady.

Red. - Wasz późniejszy pojedynek z obrońcami złota z Atlanty Chińczykami Kong Linguiem i Liu Guoliangiem przeszedł do historii jako pojedynek niewykorzystanej szansy. Niektórzy z dziennikarzy twierdzili, że nic by was później nie zatrzymało w drodze do medalu ?

T.K. - Najbardziej żal czwartego seta, kiedy przy 2:1 dla nas prowadziliśmy 10:3. Przy 10:5 popełnilem kilka błędów, głównie w czytaniu rotacji piłek przeciwnika - nie odebrałem trzech serwisów i Chińczycy poczuli , że jeszcze nie wszystko stracone. Niestety trochę zaniedbałem analizę odbioru od Liu Guolianga. Kiedy oglądam ten mecz na wideo z perspektywy czasu widać, że był to nasz najlepszy pojedynek w ostatnich latach, jaką ogromną szansę straciliśmy i ile było niewykorzystanych momentów przez cały mecz.

Red. - No właśnie. Kiedy słuchając w radiu bezpośredniej relacji z tego meczu, przy stanie 10:3 nastąpiła przerwa na reklamę ciągników Ursus i kiedy wszyscy już dowiedzieli się jak wspaniałe są to maszyny, było już tylko 18:16 dla was. Jeszcze była szansa.

T.K. - Tak, ale przy takim stanie wszystko może się wydarzyć, tym bardziej, że wygrana czwartego seta umocniła psychicznie naszych rywali. W końcówkach dwóch ostatnich setów nie mieliśmy szczęścia. Obserwowałem pojedynki brązowych medalistów Francuzów Gatiena i Chila. Gdyby nam tak sprzyjało szczęście jak im..... Wychodzili z beznadziejnych stanów dzięki niewiarygodnym sytuacjom w grze i szczęśliwie zdobywanym punktom. Mamy w tym trochę satysfakcji, gdyż razem przygotowywaliśmy się do igrzysk. Trzeba też podkreślić, że obaj są leworęczni. Układ ten jest uznawany przez znawców tenisa stołowego za najmniej korzystny dla osiągania wysokich wyników w grze podwójnej.

Red. - Czy Chińczycy czuli przed wami respekt ?

T.K. - Tego nie wiem, ale po zakończonym pojedynku cieszyli się jakby zdobyli już złoto. W normalnych sytuacjach kończą pojedynki z kamienną twarzą. Taka sama radość panowała wśród kibiców i w obozie chińskim. Wiedzieli, że wrócili z tzw. dalekiej podróży. Zresztą ekipa chińska przyjechała do Sydney bardzo dobrze zorganizowana. Przywieżli ze sobą nawet sparringpartnerów, podobnie jak Grecy i Japończycy.

Red. - Jakie były pierwsze reakcje po tym pojedynku ?

T.K. - Mecz nasz kończył się już po zakończeniu wszystkich pozostałych gier i elektryzował pełną widzów halę. Charakterystyczne było dla tych zawodów, że każde zwycięstwo nad Chińczykiem lub równe z nimi pojedynki były szeroko komentowane i zauważane. Ciesze się,że nie przynieśliśmy wstydu i udowodniliśmy, że możemy walczyć na równi z najmocniejszymi na świecie. Po powrocie do wioski olimpijskiej spotkaliśmy się z ciepłym przyjęciem. Okazało się, że wszyscy którzy nie startowali tego dnia, obserwowali nasz pojedynek.

Red. - W komentarzach poolimpijskich mówiło się o dominacji Chińczyków, ale też o tym, że wychodzili oni w Sydney obronną ręką z beznadziejnych sytuacji np. finał Waldnera z Kongiem czy też kilka meczboli D. Eloi z Liu Guoliangiem przy stanie 2:0. Europa nie miała szczęścia ?

T.K. - Szczęście sprzyja lepszym, ale szkoda, że wśród tych nie wykorzystanych szans znalazł się nasz debel. Nigdy nie przypuszczałem, że nasz debel będzie postrzegany jako element obrony honoru Europy w konfrontacji z Azjatami.

Red. - Później Lucjan walczył o cwierćfinał z późniejszym złotym medalistą Kong Linghuiem, z pewnością obserwowałeś ten pojedynek ?

T.K. - Lucek rozegrał z nim najlepszy pojedynek. Był to jedyny zawodnik, którego nie chciał wylosować. Nie lubi z nim grać. Kong jest niesamowicie odporny psychicznie. Prowadząc wysoko nigdy nie można byc pewnym wygranej. Obserwując z boku widać było, że Kong kontrolował grę. Uważam, że 2;3 to dobry wynik. Wcześniej w ich pojedynkach bywało gorzej. Zresztą lepiej będzie jak to sam skomentuje Lucjan.

Red. - W tym miejscu należy również podkreślić , że losowanie mieliście fatalne.

T.K. - Dlatego też, cztery lata przed Atenami trzeba już myśleć o startach międzynarodowych, aby nasza pozycja wyjściowa do losowania była lepsza. Zresztą na Polish Open też wylosowaliśmy w ćwierćfinale mocną parę Chińską Ma Lin/Liu Guozheng. Mam nadzieję, że to przejściowy zbieg okoliczności.

Red. - Jak odbierałeś warunki stworzone sportowcom w Sydney ?

T.K. - Były bardzo dobre. Mieliśmy pokoje dwuosobowe, dobre wyżywienie w stołówce na ponad dwa tysiące gości. Bardzo dobra była obsługa medyczna. Zapewniona była odnowa na wysokim poziomie i możliwość korzystania z porad psychologa. Jeśli chodzi o warunki gry to turniej przebiegał bez zakłóceń i był perfekcyjnie zorganizowany. Zawodnicy dobrze czuli się w kameralnej sali na 4 stoły, zawsze wypełnionej po brzegi przez kibiców. Program gier zezwalał na duże przerwy. Stół do treningu był udostępniany na godzinę przed planowanym pojedynkiem. Denerwujący był jedynie nadmiar kontroli dokonywanych przed wejściem w pole gry. Obowiązywał bowiem zakaz reklam na odzieży, co w połączeniu z kontrolami sprzętu sprawiało, że czasami było to męczące. Wszystkie pojedynki były rejestrowane na wideo.

Red. - Tenisiści stołowi nie uczestniczyli w ceremonii otwarcia i zamknięcia igrzysk. Czy nie odczuwasz z tego powodu niedosytu ?

T.K. - Rozpoczynaliśmy nasze starty niemal na samym początku igrzysk, stąd też była decyzja o nieuczestniczeniu w bądź co bądź długiej i męczącej ceremonii otwarcia. Woleliśmy nie ryzykować. Do końca nie mogliśmy też zostać, gdyż musieliśmy wracać na inaugurację Bundesligi. Dla mnie ważniejsze są same starty niż uczestniczenie w uroczystościach. Mam nadzieję, że tę absencję odrobię w Atenach.

Red. - W drodze powrotnej myśleliście już pewnie o dużej piłce ?

T.K. - Wracaliśmy z częścią ekipy polskiej, razem z kilkoma medalistami i często wracała myśl, że medal dla nas nie był nieosiągalny. Po przesiadce w Warszawie, za trzy dni musieliśmy już grać nową 40 mm piłką. W moim klubie tylko ja byłem w Sydney. Wszyscy koledzy z drużyny TTG Hoengen już od kilku miesięcy trenowali dużą piłką. Pierwszy mecz jednak nie wypadł dla mnie najgorzej. Jedną grę wygrałem, jedną przegrałem.

Red. - Nie obawiałeś się powrotu do Bundesligi po dwuletniej przerwie?

T.K. - To że większych obaw nie miałem to trochę zasługa mojego kolegi Piotra Szafranka, który rekomendował mnie szefowi klubu. To on był pewien, że dam sobie radę. Po pierwszej rundzie jestem na trzecim miejscu w rankingu skuteczności wśród zawodników z drugiego stołu i gdyby nie pechowa przegrana z Chińczykiem Jiang Weizhongiem byłbym pierwszy. Klub nasz jest na dobrym piątym miejscu, a mieliśmy za zadanie utrzymać się w lidze.

Red. - Czy status olimpijczyka ma wpływ na pozycję w lidze zawodowej ?

T.K. - Raczej nie. Chociaż fakt, że grałem w Sydney jest czesto podkreślany przy prezentacji drużyny.

Red. - W jakim występujecie składzie i kto jest trenerem drużyny ?

T.K. - Z nr 1 gra Chińczyk Chen Weixing, z nr 2 Rosjanin Maxim Shmyriev, z nr 3 ja, z nr 4 Rumun Filimon i z nr 5 Piotr Szafranek. Trenerem jest Węgier Tibor Rozsnoy. Ciekawostką jest, że trenujemy razem z zespołem TTCJulich, gdzie grają m.in. Philippe Saive, Chinczyk Sun Jan Wei i Michał Dziubański. Rano trenujemy u nich a po południu u nas. Trenerem drużyny z Julichu jest ... nasz trener.

Red. - Jak to, jeden trener do dwóch konkurencyjnych drużyn, komu więc poświęca więcej uwagi ?

T.K. - Wspólnie pracujemy nad techniką gry. Jeśli gramy przeciwko sobie, gramy bez opieki trenera. Wynika to chyba z podziału kosztów utrzymania trenera na dwa kluby i z faktu obowiązku pracy w Bundeslidze trenerów I klasy. Odczuwam jednak, że bliższe mu są dobre wyniki naszej drużyny. Muszę przyznać, że w kraju taka sytuacja byłaby chyba nie do zaakceptowania. W profesjonalnym tenisie stołowym mniej istotne jest "kto z kim" a ważniejsze "jak". Szefowie i kibice oczekują zwycięstw przede wszystkim od zawodników.

Red. - Czy przez dwa lata Bundesliga zmieniła się?

T.K. - Trochę tak. Najlepsi zawodnicy odeszli do klubów, które startuja w Champions League lub walczą o nią w Klubowym Pucharze Europy. Niemniej jednak w dalszym ciągu Bundesliga gromadzi dużą ilość doskonałych i utytułowanych zawodnikow. Pozostała ta sama oprawa meczów, która często przybiera formy sportowego pikniku lub festynu z rodzinną atmosferą wspomaganą barkiem dla kibiców. Sponsorzy oprócz apanaży zabezpieczają mieszkania dla graczy i firmowe samochody. Ja otrzymalem z klubu w użytkowanie sportowy model Alfa Romeo.

Red. - Słowem jesteś zadowolony i pozostajesz w Niemczech na następny sezon?

T.K. - Wszystko na to wskazuje, gdyż po udanej I rundzie szefowie klubu chcą już w styczniu przedłużyć ze mną kontrakt na nastepny sezon. Cieszę się, gdyż po raz pierwszy od wielu lat nie będzie to niewiadomą do ostatniej chwili.

Red. - Jednak może to być ze szkodą dla twoich startów międzynarodowych.

T.K. - Prawdą jest, że terminarz ligowy w Niemczech jest bardzo napięty, a kluby niezbyt chętnie przekładają mecze. W tym roku przez to nie mogłem wystartować w Swedish Open. Mam jednak nadzieję, że wszystko da się poukładać i że będę startował na tych imprezach, gdzie nie koliduje to z Bundesligą. Chodzi głównie o zdobywanie punktów w światowym rankingu, bo kontakt z dobrymi zawodnikami i dobry trening zapewnia Bundesliga.

Red. - Jest jeszcze europejska Superliga, gdzie jesteś ważnym punktem drużyny. Czy nowa formuła Superligi jest dla nas dobra?

T.K. - Dla nas nowy system nie jest korzystny. Preferuje on drużyny, które mają wyraźnego lidera w składzie. Drużyny wyrównane, bez "asa" mają mniejsze szanse w rywalizacji. Siła naszej drużyny polegała na dość wyrównanym składzie. Przykładowo Białoruś może teraz odegrać dużą rolę w Superlidze mając w składzie Samsonova. Pozostali jego koledzy z drużyny reprezentują klasę poniżej przeciętnej.

Red. - Czy wprowadzenie dużej piłki może spowodować zmiany w światowym rankingu. ?

T.K. - Sądzę, że nie. Zawodnicy doświadczeni dopasują swoją technikę do dużej piłki. Korzystać też będą z dorobku zdobytego małą piłką przy rozstawianiu w turniejach.

Red. - Co sądzisz o wprowadzanych zmianach i propozycjach zmian dla uatrakcyjnienia odbioru dyscypliny i czy wpłynie to na technikę gry ?

T.K. - Jeśli chodzi o dużą piłkę, to o ile poprawi to zainteresowanie mediów, to krok jest pozytywny. Technika gry nie uległa większym zmianom. Trzeba inaczej grać "blok" (bardziej otwartą rakietą) i dbać o dłuższy kontakt piłki z rakietką tj. piłkę bardziej prowadzić. Również bekhend w moim przypadku musi być grany bardziej rotacyjnie, a nie uderzany. Oczekiwane wydłużenie akcji niestety nie nastąpiło. Oczywiście trudniej jest skończyć akcję zbiciem, ale za to można zaobserwować więcej nie wymuszonych błędów. Ma na to jeszcze wpływ nie zawsze dobra jakość nowych piłek. Zawodnicy próbowali dopasowywać nowe deski, nowe gumy i po wielu próbach wracają jednak do starego sprzętu. Jest to jeden z dowodów, że większych zmian nie będzie.

Red. - A jeśli chodzi o zmianę długości setów i zasady serwowania ?

T.K. - Rewolucji w rankingu nie będzie również po tym. Sądzę, że i te działania nie podniosą zainteresowania mediów. Próba gry setów do 11, jaka miała m-ce na tegorocznym French Open wielkich przetasowań nie przyniosła. Krótki set może zminimalizowć tzw. ucieczki, kiedy często przy stanie 15:5 nie ma już gry. Wymuszenie tylko serwisu bekhendowego moim zdaniem zuboży dyscyplinę. Akcje będą tak samo krótkie, gdyż nie serwis a odbiór decyduje, czy akcja jest krótka czy długa.

Red. - Niektórzy mówią, że swoją grę opierasz głównie na bardzo dobrym serwisie forhendowym i propozycja zmian uderzy w twoje wyniki sportowe ...

T.K. - Tego się w ogóle nie obawiam. Tak rozumując trzeba by przekreślić kilkudziesięciu innych zawodnikow na świecie, także młodych. Mój serwis ma za zadanie uniemożliwić przeciwnikowi agresywny odbiór. Jestem w stanie to zrobić, serwując wg nowych reguł. Czyniliśmy już z kolegami próby gry z serwisem tylko bekhendowym. Nie wypadałem w nich gorzej.

Red. - Czy wasz debel przetrwa do Aten ?

T.K. - Sądzę, że tak. Tym bardziej, że w Mistrzostwach Europy i Świata wprowadzono możliwość startu tylko debli narodowych. Nasze indywidualne próby debli z innymi zawodnikami raczej nie wypaliły. Mamy w naszej grze jeszcze pewne rezerwy. Sądzę, że poprawa odbioru serwów da nam jeszcze 2 punkty w każdymsecie, a to jest dużo patrząc np. na wspomniany pojedynek olimpijski. Stać nas na zwycięstwo z każdą parą .

Red. - Ostatnio dobrze wypadaliście w ME, ale tylko w drużynie. Jakie są przyczyny, że później w turnieju indywidualnym odpadacie w pierwszych rundach.

T.K. - Wiąże się to z tym, że po euforii, jaka jest po sukcesie drużynowym następuje rozluźnienie i zmniejszenie stopnia mobilizacji. Tak jak w przysłowiu "Pies najedzony nie szczeka". Ma też wpływ zmęczenie, ale sądzę, że nie tak duży jak rozluźnienie. Zwycięstwa drużynowe mają niestety duży wydźwięk propagandowy i wywołują emocje, w tym przypadku w nieodpowiednim momencie.

Red. - Najbliższe Mistrzostwa Świata w Osace są ostatnimi, gdzie turniej indywidualny będzie rozgrywany po drużynówce. Następne będą już rozgrywane oddzielnie. Czy dobrze ?

T.K. - Bardzo dobre rozwiązanie, od lat oczekiwane przez najlepszych zawodników. Turniej nie może trwać 10 dni. Tak trzeba też zrobić z ME i wtedy może przyjdą dla nas sukcesy indywidualne.

Red. - Superliga jest obecnie eliminacją do drużynowych mistrzostw Europy, a wasz start nie był zbyt udany. Porażki z Białorusią i Danią były pewnym zaskoczeniem ?

T.K. - To prawda. Nie możemy już nic przegrać, aby marzyć o medalu ME. W tej sytuacji będzie trudno, tym bardziej, że jak wspomniałem nowy system nam nie sprzyja. Następny mecz z Grecją, gdzie liderem zespołu jest Kreanga, gramy w Brzegu Dolnym, a tam bardzo rzadko przegrywamy. Ale jeśli zamienimy sukcesy drużynowe na indywidualne, to nie ma co rozpaczać.

Red. - Ostatnio przebąkiwało się o ewentualnej zmianie trenera kadry, gdyż skończył się program Sydney a rozpoczyna program Ateny 2004 w którym są młodzi zawodnicy. Co sądzisz na ten temat ?

T.K. - Myślę, że to nieporozumienie. Z trenerem Stefanem Dryszelem związane są nasze ostatnie sukcesy i bogatsi w doświadczenia możemy skutecznie pracować dalej. Trener jest tym, który przy powoływaniu do drużyny narodowej kieruje się wyłącznie aktualnym poziomem sportowym a nie metryką. Przypomnę fakt powołania w odpowiednim momencie Michała Dziubańskiego dla zdobycia wicemistrzostwa Europy. Michała zastąpił teraz bardzo dobrze grający Marcin Kusiński. Jesteśmy też w programie Ateny 2004.

Red. - Ale chodzi o wprowadzanie młodych zawodników.

T.K. - Dlatego młodzi zawodnicy startują w wielu imprezach międzynarodowych. Przecierają się. Trener doskonale ten problem rozumie i sądzę, że zmiana pokoleniowa nastąpi wcześniej czy później, ale za sprawą poziomu sportowego a nie zmiany trenera. Myślę, że argumentem może też być duża umiejętność Stefana Dryszela w budowaniu atmosfery w drużynie i mobilizowania do ciężkiej pracy (nie metodą nakazów) i osiągania największych wyników. Jeśli tylko jest okazja to trenujemy z młodymi zawodnikami. Ja np. na początku stycznia zaprosiłem najlepszego w tym roku juniora Daniela Góraka na 10 dniowy trening do Hoengen z zagranicznymi zawodnikami, aby mógł przygotować się lepiej do styczniowego TOP- 12 juniorów w Cardiff.

Red. - Jak sądzisz, czy najlepsi tenisiści stołowi są wzorami dla dzieci i młodych adeptów tej dyscypliny. Ostatnio np. mówi się, że w koszykówce nie M. Jordan jest wzorcem do naśladowania a jego pieniądze zarobione na koszykówce ?

T.K. - To media kreują wielkie pieniądze zamiast zawodnika. Tenis stołowy jest dyscypliną ubogą i dziennikarze pod tym względem nie mają czego promować. Sądzę, że najlepsi zawodnicy w naszej dyscyplinie są wzorcami dla młodzieży bardziej jako mistrzowie w sporcie niż ich pieniądze. Świadczą o tym liczne zaproszenia do spotkań z dziećmi, na które niestety nie mamy zbyt wiele czasu.

Red. - Jakie masz plany sportowe na najbliższy rok ?

T.K. - Chciałbym awansować na światowej liście o 20 miejsc i zagrać w finale Pro Tour 2001 w deblu, dobrze wypaść na Mistrzostwach Świata w Osace a po drodze w turniejach Pro Tour w Katarze, Anglii i Chorwacji.

Red. - A poza sportowe ?

T.K. - Uporządkować sprawy rodzinne.

Red. - Nie jest tajemnicą, że ze swoich podróży po niemal całym swiecie nie gromadzisz żadnych fotografii i pamiątek. Nie będziesz miał co pokazywać wnukom.

T.K. - To już nieprawda. Zaczynam zbierać. W Sydney zrobiliśmy kilka zdjęć, m.in. z Prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim. Na razie są u Lucka w aparacie.

Red. - Jak spędzasz tegoroczne Święta Bożego Narodzenia ?

T.K. - W gronie rodzinnym i przyjaciół, trochę w Łodzi i rodzinnych Smolicach i trochę w Ostródzie. Tuż przed Świętami zostałem zaproszony na spotkanie z młodymi adeptami tenisa stołowego w Wieluniu, gdzie musiałem rozegrać z każdym maluchem po jednym secie, razem bylo ok. 50. W Święta będę miał po czym odpoczywać. Sylwestra nie planuję, gdyż nie wiem, czy 2 stycznia nie będę musiał być już w Hoengen.

Red. - Życzymy ci, aby wszystkie twoje plany w nadchodzącym roku się spełniły. Dziękuję za rozmowę.

T.K. - Dziękuję również.


Rozmawiał J. Klinger
  copyright © Modest sp z o.o.